| Opowieści babci zza górki |
|
|
|
| Napisał: Karolina Kwiecień | |
|
Kiedyś inaczej tu było, wesoło, ludnie. Kilka chat stało, krowy się razem pasły, każdy drugiemu w gospodarce pomagał. Tu, gdzie teraz łąka kośna mieszkała baba Jewdocha z 1909 roku. Koło jej chaty stał duży świerk, pod którym jej krówka i owieczka zawsze sobie leżały. Ona też to miejsce lubiła. Aż raz ktoś drzewo obciosał. Baba jak to zobaczyła - "a żeby go Bóg pokarał, żeby mu ręce uschły, niech będzie przeklęty, kto to zrobił" - krzyczy. To sąsiad, co za lasem żył, szedł pijany i drzewo siekierą obrąbał. Baba drzewo gliną zaklejała, pielęgnowała i zarosło się. Do dzisiaj stoi. A sąsiada rok później sparaliżowało i rękami nie mógł ruszać, bo go baba przeklęła. Tam, na górze mieszkała Paraska. Żyła sama, męża nigdy nie miała. Nikt by jej nie wziął, bo trochę pomieszana w głowie. Ale robotna była jak mało kto. Sama sadziła barabulku (ziemniaki), sama kosiła, sama drewno nosiła z lasu. Tej zimy poszła po grzbiecie górki do sąsiadów. Za lasem śnieg ją zasypał. Może wiatr ją przewrócił, a może chora była, słaba. Zanim ludzie przyszli krowy już z głodu padły. Brat chodził, szukał, szukali chłopcy ze wsi, wychodziła milicja i nie mogli znaleźć. Ale jedna wróżka powiedziała, że Paraska jest gdzieś pod śniegiem, blisko chaty i wiosną ją znajdą. I miała rację. A po drugiej stronie Prysłopa w starej chacie żył staruszek, co się znał na czarach. Po sąsiedzku żył Wasyl, który nie wierzył w zabobony. Ukradł staremu berbenicę (beczka na bryndzę) żeby się przekonać, że to nieprawda. Staruszek mówił: "Oddaj, albo cię zegnam ze świata". I zegnał ze świata. Tamten tylko zakaszlał i umarł raptownie.
Babcia Zza Górki przeżyła wszystkich. Ile ma lat - nie wiadomo. Pewne jest tylko to, że kiedy po wojnie wydawali ludziom dokumenty odmłodziła się o kilka lat. We wsi starzy ludzie szperają w pamięci starając się odtworzyć kto młodszy, a kto starszy. Każdy ma swoją opinię na temat wieku Babci. Ona sama milczy. Kto by pamiętał, to było tak dawno. Czas jest zresztą pojęciem względnym. Płynie w różnym tempie i w różnych kierunkach, zależnie jak komu. Tu jakby stanął, albo raczej rozmył się. Można go zobaczyć tylko po tym jak cieliczki wyrastają na dorodne krowy, jak źrebaki stają się silnymi hucułami. Ot, dopiero co świniaka z targu autobusem w torbie wiozła, a teraz jaki wielki. A wieczorami czas cofa się w przeszłość swobodnie mieszając wydarzenia, bajki i sny. Mama moja opowiadała o Piłsudskim. To jej matka widziała, jak była jeszcze dziewczynką. Wtedy panowała pańszczyzna, ludzie musieli całymi dniami za darmo robić. Każdego dnia szedł ktoś inny z chaty. A stary ojciec Piłsudskiego był wtedy prezydentem. Przychodzi do niego syn i mówi: I przyszedł młody Piłsudski do wsi, chodzi i patrzy jak ludzie żyją. Wreszcie jedna kobieta mówi do niego: I poszedł. Nikt go nie poznał, bo normalnie, po huculsku był ubrany. Ale nie wiedział jak robić. Przyszedł za późno, a trzeba było o świcie. Jak słońce przygrzało przyniósł ludziom wodę, choć nie wolno było z pola schodzić. Kiedy się zmęczył, odpoczywał, choć zły Pan nie pozwalał. Za wszystko hajdamaki dobrze go kijami obili po kilka razy. Wieczorem, kończą już ludzie pracę bo słońce zachodzi, a Piłsudski tylko kartkę jakąś napisał, na drzwiach Pana przybił i uciekł. Pan z hajdamakami czytają, a tam stoi napisane: "Wiecie kogoście bili, syna Piłsudskiego żeście bili. Teraz ojciec się o wszystkim dowie". Przychodzi chłopak do ojca, opowiada mu co widział i mówi: Stary Piłsudski dał synowi koronę, ten został prezydentem i wydał rozkaz, że pańszczyzna ma być zniesiona aż do końca świata. A złemu Panu kazał tańcować na rozgrzanej płycie pieca. Cóż miał Pan robić, rozkaz to rozkaz, musiał tańcować. Bogaty był, więc dziesięciu szewców zawołał. Przez cały dzień buty mu szyli, 10 par butów na dzień palił, ale tańcował. W końcu spalił się na tym piecu. A ludzie odtąd darmo robić nie muszą, chyba że w kołchozach za kopiejki. Ale i to dobry Bóg pozwolił przetrzymać.
Był jeden bogacz, który nikomu nic nie dał, wszystko tylko dla siebie. Dowiedział się Bogacz, że ma umrzeć, poszedł, kupił całą furę kołaczy. Myśli sobie: "Dam do trumny, będę miał co jeść na tamtym świecie". A idzie biedny, widzi że tyle kołaczy i mówi: - Gazdo, bądźcie tacy dobrzy, taki jestem głodny. Biedak podniósł, podziękował i jeszcze się za duszę Bogacza pomodlił. Bogacz umarł, pochowali, kołacze wrzucili do trumny. Przychodzi przed Boga i mówi: - Boże, daj mnie do raju, żebym miał tam dobrze, żebym miał co jeść! Chłopak przyszedł z obory, czas na kolację. Na desce paruje gorąca kulesza, czyli kasza kukurydziana gotowana na gęsto i świeży buresznik-placek z ziemniaków i żytniej mąki. Babcia nie spodziewała się gości, więc nie upiekła chleba. Dziś piątek, mięsa się nie podaje. Jest za to bryndza, ser typu bunc dopiero co przyniesiony z połoniny, a w miskach śmietana, gęste, zsiadłe mleko i gogodze (brusznice) ze śmietaną i cukrem. No i domowy samogon, ma się rozumieć. Prawdziwa uczta. Gospodyni ugaszcza, zaprasza, wręcz przymusza, jak na porządną gazdynię przystało. Jemy powoli, sięgamy łyżkami do wspólnych misek lekko się ociągając, za to często chwaląc, siorbiąc i mlaskając, jak każe obyczaj. Babcia polewa, a sama dostojnie i stosownie do swego wieku wypija tylko po 50 gram. Zapala jeszcze cieniutkiego skręta z pożółkłej gazety i znów zatapiamy się w opowieściach o tym co przeszłe, co dawne, albo jeszcze dawniejsze. Słyszałaś o Noem i o arce? Nie słyszałaś? Mama mi opowiadała, ale to jest w Biblii napisane. Kiedyś ludzie tak jak teraz - pili, hulali, zabijali się. Bóg chciał to wszystko zniszczyć. A czort był z prawieków. I był też człowiek boży, dobry, co nie był grzeszny. I mówi do niego Bóg: - Ty człowieku budujarkę, bo ja zaraz zamierzam wszystko zniszczyć, szkoda ciebie. I wszystkich zwierząt weź po parze żeby nie zginęły. Rok budował arkę tak, żeby woda tam nie przeciekała. Żonie nic nie mówił, bo Bóg zabronił. A żona miała szczeznika, czarta sobie trzymała do pomocy w gospodarstwie. Żona pyta: - Gdzie ty mężu chodzisz? Wybudował taką chatę, ale bez okien, żeby woda nie wpłynęła. Idzie łowić ptaki, zające, wszystko, żeby się rozpłodziło. Potem żonie mówi, żeby się z dzieciakami na arkę ładowała. A ten szczeznik jęczy babie: - Joj, gdzie byś ty mnie schowała, żebym i ja popłynął? Ona tak zrobiła. Zamknęli się, Bóg spuścił deszcze, burze, oberwania chmur, przez czterdzieści dni padało i czterdzieści nocy. Wszystko się wytopiło, a arka pływa. Ciemno w środku, nic nie widać, ale słychać jakieś chrobotanie. Noe mówi: - A cóż tam tak gryzie, oj bieda, mogłem był nie budować i tak wszyscy zginiemy. Coś przegryzie i tyle. Ot, abyś wiedziała. Żeby była baba nie brała "Ale musi być Juda na świecie" Wieczorami jest czas na opowieści, ale w dzień robota pali się w rękach. Krowy trzeba gnać na pastwiska, pilnować, żeby łąk kośnych nie zadeptały, sprawdzić co u koni, bo daleko na połoninach biegają. I jeszcze sianokosy nie skończone, choć szron na carynkach siada, i grzybów warto by nasuszyć więcej żeby zimą sprzedać. Oby Bóg dał nieszczęścia uniknąć, to jakoś to będzie. W zeszłym roku niedźwiedź pod samą chałupą sąsiadce krowę ubił, a Babci ryś kobyłę i źrebaka strasznie pokaleczył. A zaraz zima i wilki zaczną podchodzić pod chatę. Ale przenieść się do wsi? Nigdy w życiu. Tu cisza, swoboda, do lasu blisko, do siana. W dolinie ludzie się męczą, jeden drugiemu na głowie siedzi. W górach wesoło, zwłaszcza kiedy lato, chudoba na połoninach dzwonkami dzwoni, pasterze grają na sopiłkach. Zimą gorzej, samotność doskwiera, ledwo się można do najbliższych ludzi przekopać. Ale cóż, taki los. "Losu nie dasz, nie sprzedasz, nie zagubisz i nie zostawisz". Nie uciekniesz przed nim, choćbyś się pod ziemię zakopał. Co postanowione to i tak będzie.
Wąska ścieżka prowadzi nas przez łąki i dalej przez las. Noc jest jasna i gwiaździsta, choć mroźna. W powietrzu czuć nadchodzącą zimę. Chata Babci Zza Górki zmienia się w mały punkcik żółtego świata i w końcu znika. Ciekawe, czy udałoby się odnaleźć ją po raz drugi. A może nigdy jej nie było, może to tylko sen, jesienne przywidzenie" Tekst: K. Kwiecień, fotografie: K. Kwiecień i S. Jędryka. Więcej takich historii można będzie usłyszeć podczas Festiwalu Kultury Huculskiej "Za głosem trembity" w Krakowie - 7-10 IV 2006 |
| wstecz |
|---|




Już główna droga przez wieś jest kamienista, wyboista, wiecznie podmywana przez potok. Aż dziw, że autobus daje radę dojechać. Później ścieżka odbija w górę strumienia i wcina się w głęboki jar. Biegnie raz brzegiem pastwiska, raz po kamieniach, przeskakując strumyk z jednej strony na drugą. Przy wysokim stanie wody trudno przejść nawet w gumiakach. W końcu zaczyna wspinać się stromo, zakosami, przez las i przez łąki, aż wychodzi na górkę.
Już zmierzcha, w chacie półmrok, naftowa lampa kładzie niespokojne cienie. Prądu nigdy nie doprowadzili, a teraz już się nie opłaca. Młody hodowaniec (przybrany syn) kończy doić krowy. Maleńka, zgarbiona staruszka podpierając się laską krząta się w sieni. Jeszcze tylko mleko trzeba przecedzić przez sitko i postawić w komorze na śmietanę, owce zagnać do obórki i można odpocząć przy piecu. W długie, jesienne wieczory, gdy wiatr świszcze za oknem i mgły siadają w dolinach, opowieści Babci Zza Górki snują się po starej chacie.
Pod lasem mieszkał człowiek, co w Boga nie wierzył. Jak on Boga wyzywał, jak on klął, to ja aż uciekałam, żeby tego nie słyszeć. Nikt go we wsi nie lubił, nikt go nie szanował. Mówię mu: "Kumie, co wy robicie, czemu wy przeciw Bogu występujecie, wy rozumiecie co to jest drugi świat ?" A on mi na to: "A ty tam byłaś, wróciłaś się stamtąd? To skąd wiesz?" A jak umarł, śni mi się, że przyszedł ten mężczyzna i mówi: "Chodźmy, zobaczysz coś". Idziemy, otwiera piwnicę, a diabły jak go nie chwycą, jak nie wciągną tam i dalej z nim tańcować, aż o ściany rzucali, a ten krzyczał w niebogłosy. Tak mi się śniło, a później Parasce i Annie to samo.
Babcia zamyśliła się. Znieruchomiała na zydelku poło pieca. Piec jest duży, pobielony na zielonkawo. Na blasze syczą garnki z kaszą dla kur, plewami dla prosiaka i kuleszą na kolację. Piec widać trochę nieszczelny, bo ściany w izbie całe przydymione. Stoją dwa łóżka nakryte kolorowymi, wełnianymi pledami własnej roboty, mały stolik i długa ława. Na ścianach święte obrazy. W kącie w drewnianej beczce kisi się samogon. Na parapecie, w słoiku przykrytym gazą pływa pijawka. Babcia kupiła ją w aptece, żeby złą krew z potłuczonego boku wyciągnęła. Właściwie to kupiła dwie, ale jednej udało się uciec ze słoika. Pijawki pomogą na złą krew, a na inne dolegliwości są inne sposoby. Babcia Zza Górki ma mnóstwo ziół i nalewek, na żołądek, serce, wątrobę. Na ukąszenie żmii trzeba czosnek z tytoniem i moczem przykładać. Ale są też takie przypadłości, które trzeba prymowkami (zaklęciami) wypędzać. Dziś mówią, że to grzech znać się na zaklęciach, ale jak ktoś zła nie robi, tylko leczy, to przecież nie grzech. Grzechem jest w święto pracować, drugiego ukrzywdzić, okraść. A pomagać nie grzech. I jeszcze skąpstwo to grzech największy.
Dwa lata temu, wiosną, wygnaliśmy owce do pastuchów na połoniny. Dwie białe i sześć czarnych. Nie minęły dwa tygodnie, przychodzi pastuch pytać, czy trzy owce nie wróciły. Szukamy po halach, po łąkach, po lasach, nigdzie nie ma. A to tu ktoś widział, a to tam. Modliłam się do Boga i do Najświętszej Panienki. Już sobie myślę: "Nic, tylko wilcy pojedli. Nie ma już owieczek". Aż pewnego ranka, chyba ze trzy tygodnie minęły, patrzę przez okno, a tu biała stoi. Beczy biedna, do nóg się tuli. Bogu podziękowałam, że choć tę jedną wrócił, tamte dwie niech już dla wilków będą. Była już jesień, kiedy przyśniłam, że jedna kuma wchodzi i mówi: "Babo Wy śpicie? Owce pod stajnią stoją". Obudziłam się, patrzę - trzecia w nocy. Przeżegnałam się, splunęłam, myślę: "Czort jakiś mnie kusi". Rano wstaję, a tam dwie czarne pod stajnią. Zapłakałam, padłam na kolana Bogu dziękować, a one chudzieńkie, razem ze mną. Tyle miesięcy w lesie siedziały, górskie dzieci. Taka to bieda z tymi owcami. Ale co zrobić jak je tak kocham.