Chowając się za horyzont, pomarańczowe słońce przecinało ogromny, dwupoziomowy most. Gasnące promienie odbijały się w lustrze dolnego Dniepru, pozostawiając po lewej stronie wyspę Chortycę, po prawej zaś przemysłowe Zaporoże.
Dzień chylił się ku końcowi. Po ulicy Nabiereżnej spacerowała młodzież, rozweselona alkoholem i wakacyjną wolnością. Środkiem rzeki mknęła motorówka, miasto ogarniał półmrok, charakterystyczny w tej części Europy ze względu na "oszczędną" politykę energetyczną. Zieleń kontra beton Zaporoże niewiele różni się od innych miast przemysłowych wschodniej Ukrainy. Dymiące kominy hut stali już z oddali rzucają się w oczy. Zanieczyszczenia sprawiają, że często nie ma tu czym oddychać. Jedynie wiosną i latem można docenić urok tego miasta. Jesienią bowiem przytłacza szarzyzna, zimą biały śnieg zamienia się w czarną breję. Latem życie koncentruje się wzdłuż 12-kilometrowego prospektu Lenina, łączącego dworzec kolejowy z Dnieprogesem - elektrownią wodną na Dnieprze, dedykowaną "wielkiemu wodzowi" - Leninowi. Spacerując po mieście, a przede wszystkim podróżując marszrutkami (busami), trolejbusami i autobusami na metan - można oglądać nie tylko coraz więcej zadbanej zieleni, ale również sporo monumentów wzniesionych ku czci radzieckich bohaterów Wielkiej Ojczyźnianej Wojny z lat 1941-45. Do punktów charakterystycznych należy także olbrzymi monument Lenina - wódz ręką wskazuje na Dnieproges, do II wojny światowej jedną z najlepszych elektrowni wodnych Związku Radzieckiego. Od Dnieprogesu zaczyna się centrum. Centrum to prospekt Lenina. Ulica wyjątkowa, bowiem wokół niej wzniesiono miasto. Przypomina przez to polskie wsie, tzw. Ulicówki. Serce Ukrainy Co zatem ma do zaoferowania miasto? Według mieszkańców niewiele - plaże nad Dnieprem, bulwary spacerowe. Ludzie z zewnątrz odkryją tu znacznie więcej - tych nie nudzi oglądanie socjalistycznej architektury, betonowo-stalowych pomników, wałęsanie się po prospekcie. W Zaporożu można też poszukać pamiątek architektonicznych sprzed rewolucji październikowej, choć nie jest to takie łatwe. Miasto powstało w drugiej połowie XVIII wieku jako osada obronna, założona przez Rosjan w celu ochrony przed najazdami Turków i Tatarów Krymskich oraz "wewnętrznych" wrogów - Kozaków zza porohów (rzecznych progów na Dnieprze). Osada nosiła wtedy nazwę Aleksandrowsk, a założenie jej oznaczało początek końca Zaporoskiej Siczy. Wcześniej tereny te zamieszkiwali Kozacy zaporoscy, zwani również niżowymi. Dla wielu z nich domem była wyspa Chortyca - zdaniem dziesiątek Ukraińców - miejsce, w którym znajduje się serce tego kraju. Neopoganin Światowit Chortyca mierzy 12,5 km długości i 2,5 km szerokości, a jej skaliste brzegi opływa Dniepr. Pierwsi osadnicy mieli się na niej pojawić - według historyków - w paleolicie. Odkrycia archeologiczne potwierdzają, iż wyspa była zamieszkiwana przez ludy prasłowiańskie. Świadczą o tym m.in. drewniane umocnienia z XI wieku. Wielu Ukraińców z całego kraju (zarówno chrześcijan, jak i neopogan) uważa wyspę za "ziemię świętą", magiczną krainę. Należy do nich także Światowit, neopoganin, członek organizacji RUN-Wira, wierzący w wyjątkowość tego miejsca. Ma długie blond włosy, lat około 30. Wyspa jest dla niego miejscem kultu religijnego. Czasem oprowadza po niej wycieczki. Według Światowita, prawie każda skała ma swoją historię, nazwę, pełni określoną rolę. Nazywano je od imion zamieszkałych Chortycę Kozaków, lecz jest też np. "Krzesło Katarzyny [II - red.]". Światowit nawiązuje do pogańskich praktyk z pierwszego tysiąclecia. Już w dokumentach z X wieku można uzyskać informacje o obrządkach, polegających na składaniu pod "wielkim dębem" ofiar z żywych ptaków, kawałków chleba i mięsa. Podobno mieszkańcy Chortycy ciągnęli też losy, czy ofiarne ptactwo zabić, zjeść, czy wypuścić na wolność. Siekiery i młotek Mężczyzna opowiada także o świątyniach, powstałych w epoce brązu. Objaśnia rolę trzech zrekonstruowanych na wyspie ołtarzy z jaj, powstałych z ułożonych na ziemi kamieni. Prasłowianie objęli kultem jajo, od którego pochodzi życie. W największym z nich - długości 7 metrów - odprawia się rytuał. Na teren "świątyni" może wejść tylko kapłan (Światowit) i jego "pomocnik". Na środku jaja mężczyźni rozpalają ogień, modlą się, wznosząc dary do nieba. Inną formę modłów neopogańskich odprawia się przy drewnianym ołtarzu, który składa się z trzech wyrzeźbionych postaci, pnia - na którym składa się ofiarę oraz pionowo wbitych belek. W rytuale bierze udział zazwyczaj jedna osoba. Przewiązana jest pasem, u którego wiszą dwie siekiery oraz duży młotek. Oddaje pokłony trzem bożkom - jeden z nich przypomina kobietę. Składa na pniu ofiarę z owocu, cukierka, ciastka i banknotu. Następnie krąży wokół ołtarza, uderzając obuchem siekiery o obuch i wymawiając słowa modlitwy. Powrót do korzeni 15 lat po upadku Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej można zaobserwować wyraźny, choć stopniowy powrót do kozackich korzeni. Świadczy o tym powstawanie i rozwój organizacji skupiających miłośników Kozactwa, jak również działalność owych na Chortycy. Najświeższym przykładem jest budowa warowni "Zaporoska Sicz" (ma być zakończona wkrótce). Przygotowania do jej rozpoczęcia trwały wiele lat, inwestycję wsparły zakłady metalurgiczne. Choć robotnicy nie chcą wpuszczać na jej teren, można ich do tego przekonać. Warownia składa się z palisady z zaostrzonych bali oraz dwóch wieży obronnych. W środku znajdują się rekonstrukcje budynków gospodarczych, w jakich mieszkali Kozacy oraz cerkiew. Wędrując ścieżkami Inną atrakcją Chortycy jest tzw. "Konnyj teatr". Podczas barwnego przedstawienia "Kozacy" popisują się niezwykłym kunsztem jeździeckim, walką wręcz, a także strzelaniem z kilkumetrowych batów. Kozacki duch unosi się "gdzieś" w powietrzu, a Polakom przypominają się sceny z "Ogniem i mieczem"… Na Chortycy, w południowej jej części znajdują się plaże, a także luksusowy hotel. Jednak większą jej część wciąż porasta dziki i gęsty las. Wędrując pustymi ścieżkami, przyjemnie się tu zgubić. Warto też zatrzymać się nad Dnieprem, szczególnie wtedy, gdy odbijają się w nim ostatnie promienie słońca. Wtedy nawet widok betonowo-stalowego Zaporoża nie jest taki straszny… Tomasz Kułakowski Artykuł ukazał się 12.06.2006 r. w DZIENNIKU POLSKIM |