Menu Content/Inhalt
Strona główna arrow Artykuły arrow W małej ojczyźnie prezydenta
W małej ojczyźnie prezydenta PDF Drukuj E-mail
Napisał: Tomasz Kulakowski   
ImageMieszkańcy obwodu sumskiego, skąd pochodzi Wiktor Andrijowycz Juszczenko, są rozczarowani polityką prezydenta. Dwa lata temu "pomarańczowa rewolucja" odmieniła Ukrainę. Niestety, nie na długo - jak przyznają.

Obwód sumski jest jednym z niewielu regionów administracyjnych wschodniej Ukrainy, w którym Wiktor Juszczenko zdobył zdecydowaną większość głosów w wyborach prezydenckich z 2004 roku. Po anulowaniu przez Sąd Najwyższy drugiej tury wyborów (sąd uznał, że dopuszczono się licznych fałszerstw) i przeprowadzeniu powtórnego głosowania poparło go prawie 80 proc. mieszkańców regionu.

Dwa lata po "pomarańczowej rewolucji" mieszkańcy Sum niechętnie mówią o tamtych wydarzeniach. Nowe, trudne czasy zmuszają ludzi do radzenia sobie bez oglądania się na politykę. Mieszkańcy tego ponad 200-tysięcznego miasta czują się po raz kolejny zawiedzeni. Wcześniej, za ery Leonida Kuczmy, Ukraina była pogrążona w marazmie. Szanse na lepszą przyszłość przywrócił Juszczenko. Najpierw jako szef Narodowego Banku Ukrainy, który zreformował, a potem krótko jako premier. Jednak największe zmiany miały nastąpić na przełomie 2004 i 2005 roku, gdy naród w powtórzonej turze głosowania wybrał Wiktora Andrijowycza na prezydenta Ukrainy. W Sumach oraz w Chorużiwce - wsi, w której się urodził i wychował - popierano go bardzo mocno.

"Pomarańczową rewolucję" wspomina Dmytro Stożko, celnik od 3 lat służący w Sumach. - Na główny plac miasta schodziły się tłumy popierające obecnego prezydenta. Po ulicach jeździły udekorowane na pomarańczowo samochody. Nie widziałem ani jednej niebieskiej flagi, symbolizującej Partię Regionów Wiktora Janukowycza (rywala Juszczenki w drugiej turze głosowania) - mówi.
- Na uczelniach tajna milicja krótko trzymała nas podczas wyborów - podkreślają miejscowi studenci, którym sumienie podpowiadało, żeby głosować na Wiktora Juszczenkę. Jak mówią młodzi ludzie, oprócz obserwatorów wyborów, byli również panowie mający za zadanie dopilnować, aby krzyżyk postawiono przy nazwisku Wiktora Janukowycza. Za niesubordynację groziło wyrzucenie z uczelni. Skończyło się na groźbach, a prezydentem został Juszczenko.

Gdzie dwóch się bije
23 stycznia 2005 roku w obwodzie sumskim obchodzono wielkie święto. Ludzie oglądali wystąpienie inauguracyjne prezydenta. Jednak z biegiem miesięcy mała ojczyzna zaczęła się odwracać od Wiktora Andrijowiycza i jego bloku Nasza Ukraina. Po wielu kłótniach z prezydentem była premier Julia Tymoszenko (gorąco popierała Juszczenkę podczas "pomarańczowej rewolucji") sformowała własny blok polityczny, a proprezydencka partia szybko traciła na jego rzecz poparcie. Odzwierciedlają to wyniki głosowania w wyborach parlamentarnych z marca tego roku, w których Blok Julii Tymoszenko wygrał w 5 z 7 okręgów wyborczych obwodu sumskiego. Już wtedy pozycja Juszczenki była słaba. Została nadwątlona jeszcze bardziej za sprawą zmian w konstytucji Ukrainy, które weszły w życie z początkiem 2006 roku. W ich wyniku część dotychczasowych uprawnień prezydenta otrzymał premier. Szybko doszło do konfliktu Juszczenki z Wiktorem Janukowyczem, który w sierpniu tego roku stanął na czele rządu.

Imię Wiktor oznacza z łacińskiego "zwycięzca". Dawniej był nim "pomarańczowy" Juszczenko, teraz walkę o buławę wygrywa "niebieski" Janukowycz. Porozumienie dwóch Wiktorów chyba nie jest możliwe, a gdzie dwóch się bije... tam korzysta Julia Tymoszenko. Będąc w opozycji, "żelazna dama" stale krytykuje zarówno głowę państwa, jak i rząd. Obecnie jest ona najpoważniejszym kandydatem na następcę Juszczenki.
- Nie ma prawych ludzi w polityce - mawiają dziś mieszkańcy obwodu sumskiego, wstydząc się za swoje elity.
- Jak tu człowiek może żyć uczciwie, gdy wokół niego szerzy się korupcja na wielką skalę - mówią Anna i Dmytro Stożkowie, młode małżeństwo niespełna pół roku po ślubie. - Jestem celnikiem, lecz nie pracuję na granicy, tylko w biurze w Sumach. Mieszkałem dawniej z kolegą, który dziennie przynosił z granicy łapówki w wysokości 600-800 dolarów. Czy to jest normalne? Jaką motywację do uczciwej pracy stwarza ten chory system, gdy moja miesięczna pensja wynosi równowartość 250 dolarów - rozkłada ręce. Jego żona nie pracuje, gdyż nie ukończyła jeszcze studiów. Poza tym małżonkowie nie wiedzą, jak długo zostaną w Sumach.

Praca w wojsku zapewnia stałą - choć niewielką pensję. Jednak często trzeba zmieniać miejsce zamieszkania. Równowartość 250 dolarów musi wystarczyć na miesiąc życia dwojga ludzi. I wystarcza, bo pomagają rodzice. Stażkowie boją się planować przyszłość.

Nie wierzą politykom
Obwód sumski jest miejscem symbolicznym, tu sympatia do Juszczenki jest wciąż większa, niż w innych obwodach. W wielu innych regionach ludzie nie szczędzą gorzkich słów politykom.
- Jestem 65-letnim emerytem ze Lwowa. Dostaję miesięcznie 450 hrywien, czyli równowartość dobrych, skórzanych butów. W rewolucji nie uczestniczyłem, gdyż pracowałem w Moskwie na budowie. Ostatnie pół roku również tam spędziłem. Praca w Rosji to jedyna szansa na podniesienie poziomu życia. Kiedyś byłem traktorzystą, pracowałem w kołchozie pod Lwowem, tamten system o mnie dbał - mówi w drodze do Lwowa Petro Hałyś. Dodaje, że jednym z postulatów Juszczenki było podniesienie rent i emerytur. - I na początku 2006 roku podniesiono mi, to prawda. O niespełna 50 hrywien, czyli 10 dolarów - zaznacza.
A w tym samym 2006 roku podrożały prawie wszystkie produkty spożywcze, w tym tak ważne dla Ukraińców: cukier, mięso, jaja czy ziemniaki. Sytuacja zmusiła mieszkańców znad Dniepra do oszczędzania również z powodu wzrostu cen za czynsz, wodę oraz za ogrzewanie.
Ukraińcy witali 2006 rok pełni niepokoju o przyszłość. Ten rok również nie zapowiada poprawy sytuacji. Kolejne podwyżki cen (zwłaszcza gazu), kłótnie między politykami, dryfowanie na arenie międzynarodowej między Moskwą, Brukselą a Waszyngtonem nie nastrajają Ukraińców optymistycznie.

Artykuł ukazał się w DZIENNIKU POLSKIM, w środę, 20 grudnia 2006 roku.

 
wstecz   dalej »