|
Heroiczne czasy Jesieni Ludów już dawno minęły. W naszej zbiorowej pamięci przetrwa parę obrazów, historycy jeszcze długo i uczenie spierać się będą o detale i ogólny sens wydarzeń tamtych lat. Pewnie kiedyś ta wiedza zostanie ostatecznie uporządkowana i nikt nie zapyta o zwykłe biografie zwykłych ludzi, mieszkańców zapyziałej prowincji, takich jak domnul Mircea Popa ze wschodniorumuńskiego Hârlău. Trudno orzec czy wielki Eliade miał rację pisząc o fatalizmie swoich rodaków, ale w przypadku Mircei fatalizm ten jest faktem. Rumun ponoć godzi się na świat takim jakim on jest, nie walczy, przyjmuje wszystko z absolutnym spokojem, wierzy, że wszystko, co ma się wydarzyć i tak się wydarzy, jak w narodowym eposie, „Mioriţy”. Jego główny bohater – mołdawski pasterz dowiaduje się o spisku, jaki przeciw niemu szykują dwaj pozostali ciobani, ale nie podejmuje żadnych działań, a jedynie czeka biernie na śmierć z ich ręki. To, co zabiło pasterza i przeciw czemu buntują się Monica i Horia, dzieci Mircei, jest zbawieniem dla ich ojca. Już od ponad 30 lat niezmiennie robi to samo, zmieniali się dyrektorzy szkół, zmieniały się pryncypia, władze lokalne, a Mircea trwał jak twierdzenie Pitagorasa i robił swoje: rok w rok bez pasji, ale i bez zniechęcenia, tak jak chłop uprawiający swą ziemię, uczył kolejne pokolenia mieszkańców miasteczka Hîrlău trygonometrii i rozwiązywania równań algebraicznych. Dziś zna go cała okolica i, choć ma opinię dziwaka, a ludzie podśmiewają się z niego oficjalnie, to wszyscy jednak witają się z nim z uśmiechem. Nawet Cyganie, którzy do szkoły stosunek mają nader chłodny.
MIASTECZKO W miasteczku Mirczy stoją typowe sprawiające wrażenie niechlujnej dekoracji filmowej rumńskie bloki. Postawiono je na miejscu parterowych żydowskich kamieniczek na ulicy noszącej obecnie imię Stefana cel Mare. Bloki są zdecydowanie za duże jak na 10-tysięczne, położone wśród pastwisk, winnic i kukurydzianych pól, mołdawskie miasteczko. Z ulicy, na której wciąż proporcje między samochodami a furmankami są mniej więcej wyrównane, jeszcze do niedawna wyła rozpacz. Brudne szyby witryn dawnych sklepów i ledwo zipiących zakładów usługowych sprawiały wrażenie martwoty podobne do tego, jakiego doświadczyć można w nieodwiedzanym prowincjonalnym muzeum. Wyblakłe kolory szyldów i udający nowoczesność krój liter wciąż jeszcze ucieleśniają bezradność człowieka wobec faktu, że czas zawsze biegnie za szybko i nie w taki sposób jakbyśmy chcieli. Może trudno mi będzie w to uwierzyć, ale kiedyś miasto było czyste, dobrze zarządzane, mówi Mircea, a ludzie się do siebie uśmiechali. Nawet fontanny przed blokami działały. W Hîrlău nikt nie spodziewał się upadku Ceauşeski, tak samo jak nikt nie wyobrażał sobie, że fontanny przestaną bryzgać wodą, bo nie będzie nikogo, kto o nie zadba. MOŁDAWIANIN MIRCEA Mircea jest drobny, kościsty i zaśniedziały jak stara moneta. Mieszka z rodziną nie w bloku, ale w maleńkim skromnym domku, który wznieśli jego teściowie. Tuż obok stoi szkoła, typ rumuńskiej „tysiąclatki”, w której Mircea pracuje. Za domem jest ogródek warzywny i mikroskopijna winniczka, dzięki której Mircea ma wino, którym może częstować swoich nielicznych przyjaciół. Mircea ma głęboko osadzone smutne oczy za dużymi grubymi okularami w plastikowych ramkach. Zawsze ubiera tę samą marynarkę w pepitkę. Zimą zakłada na nią bardzo wyświechtany płaszcz i czapkę baranią, o której sam mówi śmiejąc się, że jest „Ceauşescu like”, choć podobną nosił też i Tudor Vladimirescu sto pięćdziesiąt lat temu. Mircea nigdy nie jest dokładnie ogolony, ale też nigdy nie jest zarośnięty. Ma dyplom ukończenia studiów matematycznych na uniwersytecie Stefana Wielkiego w Suczawie, który zdobył w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych. Od 1975 r. jest nauczycielem w miejscowej szkole. Przetarta marynarka, przedpotopowy krawat i skisłe ciało, na którym to wszystko wisi, przypominają o tej jego zaszczytnej roli. Wszystko zaś poza tym zdradza chłopskie pochodzenie. Fatalizm Mircei, prawdziwego rumuńskiego wieśniaka, zapewnia trwałość jego małżeństwu. Pani Mariana jest przeciwieństwem swego męża. Korpulentna, stanowcza, o nieskazitelnych manierach i wysokich wymaganiach stawianych sobie i innym jest kobietą ze wszech miar niespełnioną. Uczy w tej samej szkole co Mircea. Francuski i język rumuński. Postrach uczniów, ale respekt, który budzi, jest zasłużony. Spod jej ręki wychodzą olimpijczycy, Mariana koordynuje program upowszechniania języka rumuńskiego w Republice Mołdowy. Jest osobą rzeczową, apodyktyczną i trochę oschłą. Matroną. Państwo Popa mieszkają przy zdewastowanej bocznej uliczce noszącej dumną nazwę Petru Raresza. Domek jest parterowy, zbudowany na planie prostokąta. Nienowy. Rude dachówki miejscami są już sczerniałe, drewno framug okiennych i drzwi frontowych wyschnięte i wykoślawione, farba odchodzi brzydkimi liszajami. Zadomowy ogródek zapewnia autarkię. Jest wczesny październik, dziś dzień był ciepły, choć wietrzny, wieczór jednak jest chłodny. Nad naszymi głowami pienią się dorodne kiście winogron, wystarczy sięgnąć ręką i zerwać. Ganek na tyłach domu rozświetla białe światło dwustuwatowej żarówki. Rozmawiamy o dzieciach, Horii i Monice. Monika ma 22 lata i jest wierną kopią, w dobrym i złym, swojej matki. Studiuje medycynę w Jassach. Jest przedsiębiorcza. Załatwiła sobie staż zagraniczny we Francji. Praktykowała w szpitalu w Montpellier, ale szybko się wkurzyła. Uznała, że Francuzi, naród przecież romański, mają zbyt wiele wspólnego z Rumunami, których, za ich fatalizm, nie może ścierpieć. Ta sama niefrasobliwość. Teraz jest w Niemczech we Fryburgu. Obie strony są zadowolone, reguły są jasne. Doktorat chce zrobić dla odmiany w Anglii. Latem Mircea i Mariana wybrali się swoją archaiczną Dacią na swój pierwszy w życiu zagraniczny urlop i odwiedzili córkę. Mogą o tym opowiadać godzinami, Mircea z zachwytem, Mariana z wysiloną rezerwą. Horia też jest dumą swoich rodziców. Młodszy i jeszcze zdolniejszy od siostry wybiera się w jej ślady – chce studiować medycynę, choć myśli jeszcze o informatyce. Dla Mircei szczytem szczęścia były studia w Suczawie (dla Mariany, zawsze piętro wyżej, w Bukareszcie) i praca w szkole. A teraz ich dzieci… Sami nie potrafią do końca tego pojąć i często rozmawiają ze swymi przyjaciółmi, państwem Dumitriu z ulicy Ion cel Viteazul czy państwem Irima ze strada Primaverii. Ich dzieci robią podobne kariery. Rozbieżność pokoleniowych doświadczeń nigdzie chyba w krajach byłego obozu nie jest tak silna jak tu, w Rumunii. Rodzice żyli przez lata tresowani przez wynaturzony reżim wmawiający im, że Rumunia jest pępkiem świata, zabraniający im się porozumiewać z obcokrajowcami, nie mówiąc już o wyjazdach nawet za najbliższą granicę. Przez lata żyli w reglamentowanej biedzie wśród rosnących słupków ilustrujących wirtualne sukcesy rumuńskiej gospodarki, a teraz ich dzieci wytresowane są już do prawdziwego rozpasanego globalnego konsumowania i, znając języki, wszędzie czują się dobrze. REWOLUCJA W MAŁYM MIASTECZKU Czy w to, w ten rumuński pępek świata wierzyli? Dziś już trudno powiedzieć czy tak czy nie, ale na pewno mit pozostawił w nich niezatarty ślad. Jakież musiało być ich zdziwienie, gdy cała orwellowska konstrukcja, w której mozolnie mościli sobie swoją małą stabilizację, rozpadła się w ciągu kilku grudniowych dni i okazało się, że Rumunia jest nędzarzem utrzymywanym na zachodnioeuropejskich kroplówkach, a oni sami muszą uczyć się żyć od nowa. Nikt w Hîrlău, opowiadają, wówczas nie świętował, żadnych spontanicznych festynów nie urządzano. Ludzie byli skonfudowani i trochę zażenowani tym, co się dzieje. Mircea mówi wprost: Bałem się. Unika tematu, ale z tego, co mówi wyłania się obraz miasta oczekującego niepewnej przyszłości w ciemnościach długich grudniowych nocy, których wcale nagle nie rozjaśniły lampy uliczne. W tych mrokach musiały się roztopić wszystkie te nieprawdopodobne wydarzenia rumuńskiego Grudnia, Wielka Historia odrealniała się i traciła cały swój patos. Jeśli ktoś się cieszył, to raczej po cichu i w domu. Wiosną nikt nie zadbał o to, by fontanny strzeliły w górę wodą – najwyraźniejszy znak, że czasy zmieniły się wcale nie na lepsze. Podziwiam, robiąc przyjemność gospodyni, biblioteczkę Popów. Zajmuje dwie z czterech ścian casa mare, niewielkiego pokoju gościnnego. Głównie klasyka rumuńska i obca. Jest nawet Potopul Sienkiewicza, ale rządzą Eminescu, Cosbuc, Creanga, Sadoveanu, Iorga. Są też pisarze reżimowi, drukowane na kryzysowym papierze wyblakłe tomy dziś równie wyblakłych literackich gwiazd w rodzaju Marina Predy. Nie ma dysydentów, nie ma Noiki, nie ma Manei, Cioran też jest nieobecny, dobrze, że chociaż Eliade jest. Taka solidna biblioteka dużo mówi o właścicielu. Kiedy na nią patrzę, w tym domku, z tą winniczką, to wiem chyba jakimi ludźmi są Popowie. Przyzwoitymi. Takimi, którzy chcieli normalnie żyć w zideologizowanym państwie, a potem dochować wierności samym sobie w kryzysowych latach dziewięćdziesiątych; takimi, którzy zaciskając zęby inwestują każdy grosz w wykształcenie dzieci wierząc, że w jakiś sposób inwestycja ta im się zwróci. Nie poddawać się ogłupieniu niezależnie od tego, z której strony by ono ich nie atakowało – to pryncypium. Do tego ograniczał się, jak sądzę, ich szary rodzinny i ciut fatalistyczny heroizm, o którym nikt nigdy nie napisze w żadnym podręczniku. Widzę ciągłość ich życia, w którym nie ma miejsca na rewolucje, Securitate i zawsze naiwne rewolucyjne gesty. Bieda? Tak, by tego nie nazwali, ale życie wiedli zawsze skromne. „Spójrz, mówią przy okazji ostatniej wizyty, domek odziedziczyliśmy po rodzicach. Fakt, że przez lata niewiele w niego włożyliśmy, ale teraz zaczynamy remontować to, co najbardziej konieczne. Mamy nowe okna, zauważyłeś?” „Popatrz, samochód. Pamiętasz poprzedni? Dacia, rocznik 1984. Teraz mówią, że grat i że nieekologiczna, ale to auto mnie nie zawiodło nigdy. Kupiliśmy tę, dziewiętnaście lat młodszą, i co? Rocznik 2003. Trochę bajerów, wtrysk, elektryczny zamek, takie tam, ale właściwie nic się nie zmieniło, prawda? Wygląda prawie tak samo. Ale za to wciąż się psuje. Jednorazówka. Więc nie wierzę, gdy mówią, że wtedy wszystko było złe. Że nie było benzyny, żeby tą Dacią wyjechać gdzieś? Później była, tylko nas na nią nie było stać. Starej chyba nigdy do pełna nie zatankowałem, a tę nową też tylko kilka razy. Tutaj żyło się biednie od zawsze, moi rodzice to byli zwykli mołdawscy chłopi, ich cały majątek to waląca się chata i fura… . To zupełnie tak jak nasz…” – śmieje się Mircea z tej nieoczekiwanej myśli i z tego, że zdobył się na odrobinę dystansu wobec swego niewadzącego nikomu losu. „Rewolucja? Tu nie było żadnej rewolucji, tylko nasza bieda zmieniła formę. Za Ceauşeski wszystko było ograniczone: prąd, woda, gaz, telewizja, lekarstwa, mówią, że kultura też, no ale wtedy skompletowaliśmy całą bibliotekę! Po 1990 r. nie kupiliśmy już chyba żadnej książki z wyjątkiem podręczników. I co, kiedy kultura była bardziej ograniczana? Ja ich nie bronię, możesz mi powiedzieć przecież, że sam byłem częścią tamtego systemu, ale całkiem potępić też nie mogę. To robią moje dzieci, bo tamtych czasów już nie pamiętają, ty też to możesz robić, bo jesteś młody i nie stąd. Wam łatwiej.” „Ja tej rewolucji, domnul Wojtek, nie odczułam. W moim życiu zmieniło się bardzo niewiele. Czasem zadaję sobie pytanie gdzie byśmy byli, gdyby Ceauşeski nie obalono. I wiesz, co sobie myślę? Że robilibyśmy dokładnie to samo, uczylibyśmy w szkole, uprawiali warzywa i owoce w ogródku, bo, czy to ważne dlaczego się uprawia – by zaoszczędzić pieniędzy czy dlatego, że nic w sklepach nie ma? Mieszkalibyśmy, gdzie mieszkamy. Może tylko nasze dzieci nie miałyby takich szans, jakie teraz mają. No ale, czy to takie do końca dobre? Wyjadą z kraju i już tu nie wrócą, one, ich rówieśnicy. Dla nich to dobrze, ale dla nas, tak już zupełnie dla nas, to jednak byłoby chyba lepiej, gdyby ich za granicę nie wypuszczać. Jak pan sądzi?” Zupełnie nie wiem, co jej odpowiedzieć, więc milczę. Historia Mircei i Mariany nie mieści się w patetycznym obrazie rumuńskiej rewolucji. Jakby jej, tej rewolucji niby, w ogóle nie było. Jakby w ogóle nie było całej historii współczesnej! Mówię im o tym, a oni się śmieją, bo dziwią mnie oczywistości. „IL GONDOLIERE” Jest rok 2006. Widok z tarasu położonej poza miastem włoskiej restauracyjki „Il Gondoliere” nie da się tak łatwo przerobić jak jej wnętrze i jest do bólu rumuński, mołdawski. Demaskuje i ośmiesza nuworyszowskie aspiracje właściciela, który skrzętnie odnowił niszczejący przez lata budynek, w którym do początku lat dziewięćdziesiątych mieściła się restauracja rybna pod tautologiczną nazwą „Restauracja rybna” – „Restaurant Peşcaresc”. Przez kilka lat straszyły jej wybebeszone mury, aż tu nagle siedzimy na przestronnym tarasie prawdziwej włoskiej restauracji (starej nic już nie przypomina), słuchamy przebojów z San Remo i możemy przebierać w daniach śródziemnomorskiej kuchni, podczas gdy pofalowany teren wokół niezmiennie i z iście zwierzęcym uporem zajmują intensywnie zielone pastwiska i stada owiec, krów, a nieraz i konie. Zwierzęta całkiem swobodnie się tu pasą. Rządzą pasterze i owce. Mołdawskie styny budowane są głównie z trzciny i łodyg kukurydzy. Do najbliższej jest może 5 minut, nie więcej. Teren wokół jest wydeptany, bez źdźbła trawy, za to dokumentnie zasrany. Właściciel restauracji przy pomocy mnóstwa żelu we włosach rozpaczliwie udający Włocha z determinacją chce nam zasłonić swoim ciałem ten nie licujący z „italiańskością” „Il Gondoliere” obraz. W chwili, kiedy przed nami lądują talerze globalnych w smaku specjałów, dwieście metrów dalej cioban drewnianą łyżką miesza gotującą się na wolnym ogniu urdę zupełnie nie dbając przy tym o dzielące nas metry i stulecia. Zabawiamy się z Mirceą myślą o tym, jak zareagowałby Ceauşescu, gdyby jakimś cudem zmartwychwstał i znalazł się tu między nami. Jak wielkie musiałoby być jego zdziwienie, gdyby spostrzegł, że cała jego „genialna epoka” w tym miejscu nie istnieje, a cały trud budowania „rozwiniętego społeczeństwa socjalistycznego” poszedł na marne? Czarna dziura między niezniszczalną pasterską wieczną teraźniejszością a kapitalistycznym wyzyskiem i ewidentną zdradą narodową wyżelowanego i pełnego uniżoności „gondoliera”. A miało być tak pięknie! W każdym swoim przemówieniu z lat osiemdziesiątych roztaczał wizję roku 2000, który był jego prawdziwą obsesją. W przemówieniu na uroczystej akademii z okazji 65. rocznicy powstania RPK mówił z patosem: „Idziemy pełną parą w górę, w kierunku wysokich szczytów cywilizacji komunizmu. (…) wspięcie się na szczyty będące złotym snem ludzkości nie może odbyć się bez walki, bez trudności, a w razie potrzeby nawet bez ofiar. Musimy uczynić wszystko, aby zdobyć te szczyty i dojść jak najszybciej na świetlane wyżyny społeczeństwa bezklasowego, aby spełnił się złoty sen, którym jest komunizm!” Wizja porywa, czyż nie? W dziesiątkach innych przemówień śmiałą metaforę wspinaczki ukonkretnia w długie szeregi liczb i procentów. Wyniki są naprawdę imponujące, wszyscy jesteśmy o tym przekonani, i pozwalają rokować na przyszłość: „Podstawowym zadaniem nowego pięciolecia (nikt nie mógł wiedzieć, że będzie to pięciolecie ostatnie), jest wkroczenie Rumunii w nowe, wyższe stadium, przekształcenie się z kraju nierozwiniętego w kraj o średnim stopniu rozwoju, a w perspektywie, do roku 2000, nasza ojczyzna stanie się wszechstronnie rozwiniętym krajem socjalistycznym, w którym coraz bardziej wyraźne będą komunistyczne zasady pracy i życia we wszystkich dziedzinach.” Fatalizm zwyciężył dyktatora-wizjonera. Było to być może jego ostatnie zwycięstwo, bo sześć lat po magicznym roku 2000 siedzimy na przyczółku globalnego porządku wbitym klinem w pasterską rzeczywistość, której nie potrafiły dotytchczas zmieść wszystkie systematyzacje, nacjonalizacje, racjonalizacje i industralizacje. Można odnieść wrażenie, że epoka Ceauşescu to był tylko jakiś zły sen, po którym pozostały jedynie powidoki sypiących się bloków i nie produkujących niczego prócz dymu, fabryk. TWARZ WODZA Z restauracji wracam do domu. Mieszkam w jednym z tych rumuńskich bloków bez piwnic. Są niskie, czteropiętrowe. Tak brzydkie, że przypominają czworaki z pozytywistycznej nowelki. Moje okna wychodzą na zamkniętą i wybetonowaną międzyblokową przestrzeń. Na samym jej środku, między blokami, znajduje się plac zabaw. Jego terytorium wyznaczają resztki jakiejś pordzewiałej siatki. Mimo iż metalowe drabinki, kruszejące betonowe zjeżdżalnie i stół do ping-ponga z nogami z metalowych rurek i betonowym blatem delikatnie osuwają się w niebyt, to jednak wciąż w ostrym popołudniowym słońcu rzucają ciemne wydłużone cienie. Sprawiają one wrażenie jakby przedrzeźniały nędzę wyposażenia ogródka. Efekt jest niepokojący jak z ekspresjonistycznego filmu, bo martwota tych długich cieni przyopomina, że rzeczy zawsze trwają znacznie dłużej niżbyśmy sobie tego w naszej epoce jednorazówek życzyli. Plac z jednej strony ograniczony jest ścianą jakiejś zdewastowanej do cna kotłowni. Najpierw na niej, a później na wielu innych dostrzegam wykonane czerwoną farbą graffiti: szablon twarzy Ceauşeski z pewnym siebie, choć niby skromnym, uśmiechem i internacjonalistycznym podpisem „I’LL BE BACK!”. Nagle okazuje się, że identyczne graffitti są po prostu wszędzie, na wszystkich odrapanych i brudnych elewacjach. Dziwne, że ich wcześniej nie dostrzegałem. Hipotezę, że nie ludzką ręką są uczynione raczej trzeba odrzucić i trudno mi orzec, czy ta pojawiająca się w tym ponurym otoczeniu zapowiedź sequelu to wyraz ironii, przestroga, chwyt marketingowy czy też jakiś magiczny gest przywoływania upadłego bożyszcza. Bez względu na intencje autora, które może są o wiele banalniejsze (wygłup?), nagle robi się duszno, a przestrzeń między blokami zaczyna się jakby nieco ścieśniać, bo przecież nasza pewność dnia jutrzejszego oparta jest na bardziej jeszcze kruchych przesłankach niż imponujący wzrost produkcji pasz suchych w ostatniej pięciolatce, nieprawdaż? Cokolwiek jednak przyszłość przyniesie: śmierć pasterskich styn, rozpad koszmarnych blokowisk, upadek rumuńskiego fatalizmu pod naporem rozradowanej globalnej konsumpcji, to, uspokaja mnie mądry fatalista Mircea, twierdzenie Pitagorasa trwać będzie niezmiennie. |