Menu Content/Inhalt
Strona główna
Ostatni Niemiec w Waldhutten PDF Drukuj E-mail
Napisał: Ziemowit Szczerek   
Transylwania nie przypomina mrocznej i nastroszonej skałami krainy z horrorów. Kryją ją łagodne pagórki, nasycone bujną, kojącą zielenią. Po drogach na urwanie głowy pędzą dacie i aro, albo sennie snują się chłopskie konne zaprzęgi na sparciałych oponach. Do wielu z tych wozów przyśrubowane są samochodowe rejestracje.  
Sznur takich wozów ciągnie dziś do Sighisoary. Siedzą na nich Cyganie i rumuńscy wieśniacy. To niedziela, więc większość ma na sobie świąteczne stroje. Świecące w słońcu trzewiki zostawiają na nieheblowanych deskach ślad pasty do butów. Na głowy nasadzone są dżokejki, kaszkietówki i kapelusze. Na kozłach leżą miękkie, haftowane poduszki. Suche ramiona wystają z rękawów krochmalonych koszul.  
Żony siedzą z tyłu, opakowane w czarne bądź kolorowe chusty i owinięte czarnymi całunami. Piersi córek obciągnięte są różowymi bluzeczkami w cekiny, pupy – obcisłymi czarnymi lajkrami. Niektóre mają na sobie kwieciste suknie. Synowie pocą się pod lejącymi koszulami i obcisłymi, trykotowymi podkoszulkami.
          
My jednak jedziemy w przeciwnym kierunku. Do Valchid, wsi, która kiedyś nazywała się Waldhutten. Żeby tam dotrzeć, trzeba zjechać ze spękanego asfaltu, i przy czerwono – białym kamieniu milowym – mającym zapewne przypominać o rzymskim dziedzictwie - skręcić w bitą, polną dróżkę. Trzeba jechać cierpliwie, wolno, grzęznąc w rozjeżdżonym piachu, przez zieloną pustkę zaludnioną jedynie przez blaszane Chrystusy poprzybijane do drewnianych krzyży.
W końcu – nagle – ukazują pierwsze domy. Waldhutten pojawia się ot tak, po prostu, jakby materializując się niespodziewanie na tym soczyście zielonym pustkowiu.
Dwa łańcuchy ciężkich, kruszejących budynków ciągną się po obu stronach pylistej ulicy. Domy i murowane bramy połączone są ze sobą, co powoduje, że wieś składa się z dwóch równoległych murów. Mury te naraz rozjeżdżają się, rozszerzają, tworząc coś w rodzaju wrzecionowatego rynku.
            Nasz samochód wzbija z gruntówki żółty kurz, a kiedy ten opada, ukazują się druciane stołki wystawione przed knajpę. Siedzą na nich wysuszeni mężczyźni w roboczych drelichach. Piją piwo. Obok stoi wrośnięta w grunt stara ciężarówka. Przy niej stoją cygańskie dzieci. Jedzą wiśnie i plują pestkami w zawieszony na słupie kosz na śmieci. Na koszu wyobrażony jest elegancki pan w cylindrze, który wrzuca do śmietnika papierek. Rysunek jest niechlujny i odbity od kiepskiego szablonu.   Nad sprutymi swetrami, w które mimo upału ubrane są dzieci, bieleją oczy powtykane w umorusane twarze.
Jeszcze jakiś czas temu Waldhutten, jak wiele innych transylwańskich wsi, w stu prawie procentach zamieszkane było przez Niemców. Teraz pozostał już tylko jeden – ostatni Sas w Waldhutten.
Pan Edi Back siedzi ze swoimi rumuńskimi sąsiadami w cieniu pod knajpą, i popija cujkę. Obserwują nas, osłaniając ciężkimi, gruzłowatymi dłońmi oczy od słońca, kiedy wysiadamy z samochodu i zbliżamy się do nich.
Mówi dziwnym, nosowym niemieckim, dudniącym nieco. Ciężko go zrozumieć. Nosi wytartą kapotę i chodaki zrobione z gumowców z obciętymi cholewami i piętami.
- Wilkomenn in Waldhutten – mówi, a jego rumuńscy sąsiedzi zaraz go po rumuńsku poprawiają, śmiejąc się głośno.
- Valchid, Edi, Valchid! Jakie Waldhutten!
Pan Back opiekuje się starym, zrujnowanym poniemieckim kościołem. Nazywa siebie klucznikiem. Tylko on może otworzyć kutą, przerdzewiałą na wylot bramę kościelnego muru. Mur jest ciężki i warowny. Kiedy Sasi osiemset lat temu osiedlali się tu, na wschodzie, byli pewni, że co rusz będą musieli odpierać ataki dzikich hord Wołochów, Mołdawian i czort wie, kogo jeszcze. Dlatego ich wsie i kościoły wyglądają, jak warownie. Mają grube, mocne ściany i malutkie okna.  
Pan Back – jak opowiada – ma dużo obowiązków. W końcu to on jedyny strzeże niemieckiego dziedzictwa Waldhutten. Od niego zależy, czy ono przetrwa. To jest odpowiedzialność, bo to osiemset lat historii jego przodków. Co więc robi? Na przykład - przycina trawnik na mikroskopijnym kościelnym podworcu, który – wypielęgnowany - wygląda dość paranoicznie w otoczeniu dramatycznie wyszczerbionych murów. Sprząta kościół, w którego wnętrzu wiszą czarne chorągwie wyszywane złotą nicią, która układa się w religijne hasła pisane gotycką czcionką.
Pan Back prowadzi nas na dzwonnicę, która wygląda, jakby resztką sił broniła się przez zawaleniem. Jej konstrukcja z jękiem opiera się na butwiejących belkach, pokruszonych cegłach i kamieniach, chwiejących się w wietrzejącym spoiwie, jak pożółkłe zęby w starych dziąsłach.
- Uwaga – mówi klucznik - uwaga na głowy, tu jest niski strop – wskazuje sczerniałą belkę nawisającą dramatycznie nad powykrzywianymi, trzeszczącymi stopniami. - Nie o wasze głowy mi chodzi, ale o wieżę – uśmiecha się krzywo, samymi ustami.
Z wieży widać całą, rozmoszczoną w maleńkiej dolince wioskę. Jej struktura, planowość, konkretność, od razu pachnie niemieckością. Ale stan, w którym wioska się znajduje przypomina też, że Niemców już tu nie ma.
- Waldhutten wyrabiało mięsa i wędliny – opowiada pan Back, zapalając krótkiego papierosa dłońmi o grubych, popękanych paznokciach i powykrzywianych, mocnych palcach. - Z całej okolicy – z Grosskopisch, z Bierthaelm, z Schassburga, ba, z Kronstadtu nawet przyjeżdżali do nas to mięso kupować.
 
Kopcący papieros zatacza krąg dokoła horyzontu, nie wskazuje już jednak Grosskopisch, tylko Copsa Mare, nie Bierthaelm, a Biertan, nie Schassburg a Sigishoarę i nie Kronstadt, tylko Brasov.
- Uprawialiśmy też winorośl – wskazuje pan Back spływające do wsi zielone zbocza – niewiele już zostało. A dobre grona się tu rodzą, dobre z nich wino, koniak.  
Pod wieżą kościoła, na pylistym boisku, dzieci z lokalnej szkoły grają w piłkę. Każde kopnięcie wzbija tuman żółtego kurzu, piłka odbija się od popękanych ścian. W pokruszonym kominie śpi sowa. Valchid – Waldhutten przypomina zrzuconą, wysuszoną, martwą wężową skórę, która już tylko z kształtu przypomina dawny, żywy kształt.
- Sasi wyjeżdżali stąd do Niemiec od zawsze, od kiedy pamiętam – opowiada pan Back – po jednej, dwie rodziny rocznie. Ale za komunistów, za Securitate, wyjechać nie było łatwo. Wtedy jeszcze Niemców była tu większość. Kiedy rozstrzelali Ceaucescu razem z tą jego Eleną, i wszystko runęło, Sasi – moi wszyscy sąsiedzi – powyjeżdżali. Pozostawiali domy – pan Back pstryknął papierosem w przestrzeń – które pozajmowali Rumuni i Cyganie. Zostałem sam. - Mówi. - jestem jedynym Niemcem w Waldhutten. Waldhutten to już tylko ja. Oni wszyscy – wskazuje szponiastym palcem zbierających się przed knajpą obywateli – to już Valchid.
- Czemu pan nie wyjechał?
- A po co? – Pyta pan Beck. - Mnie w Valchid dobrze. Moi sąsiedzi to dobrzy ludzie, to moi przyjaciele. Wielu z nich mieszkało w Valchid już wcześniej, jeszcze zanim Niemcy wyjechali. Zawsze żyliśmy w zgodzie.
Kiedy wychodzimy z kościoła i krążymy po podwórzu, oglądając resztki tynku na bryle kościoła, na których widnieją fragmenty czarnych, gotyckich napisów, pan Beck dyskretnie stawia przy progu metalową puszkę na datki. Wrzucamy kilka euro, co klucznik porządnie i akuratnie zapisuje w szkolnym zeszycie z Bartem Simpsonem na okładce.  
- O – mówi, wręczając mi długopis – tutaj data i podpis.
 
W ciemnej i chłodnej knajpie oczy odpoczywają od słonecznego blasku, a ciało od niemożliwego żaru, wypalającego Waldhutten. Na ścianach wiszą reklamy drogich alkoholi z innego, nierzeczywistego świata. Pytamy o lokalną cujkę. Czarnooka barmanka w pomarańczowych klapkach na opalonych stopach niepewnie udaje, że nie ma. Szuka wzroku pana Backa, potrzebuje jego potwierdzenia, że jesteśmy swoi, że kłopotów nie będzie. Pan Back macha ręką i mówi coś szybko po rumuńsku. barmanka uśmiecha się i wyjmuje plastykową, dwulitrową butelkę po fancie. Rozlewa wszystkim do kieliszków z grubo rżniętego szkła.
 
Niemców w Transywlanii osadzać zaczął już węgierski król Geza II w XII wieku, i wtedy właśnie – aż do końca XIII wieku – napłynęła główna fala osadników. Sprowadzeni do obcego kraju osiemset lat temu Niemcy zachowali swoją kulturę, język i tożsamość.
Geza sprowadził ich, by bronili południowo – wschodnich rubieży jego królestwa przed tureckimi i tatarskimi najazdami. I po to, by zakrzewić w tym dzikim, górzystym kraju cywilizację i rozwój. Przyjechali z całego Cesarstwa: z Nadrenii, Turyngii, Bawarii, Luksemburga. Dostali ziemię, byli zwolnieni od wielu feudalnych powinności. Pobudowali murowane i warowne miasta, tak różne od pasterskich chat Wołoszan, którzy – mieszkając w górach – mówili podobnymi do łaciny romańskimi dialektami. Pośród Sasów, krążyć musiały legendy o ostatnich Rzymianach, którzy, spauperyzowani, z dala od Wiecznego Miasta, klecą w górach szałasy, pasą bydło i – kto wie, może piszą historię od nowa, bo Rzym też był kiedyś tylko pasterską osadą.  
Południa saskiej Transylwanii, przed najazdami Turków i Wołoszan, bronili przybysze z Ziemi Świętej - Krzyżacy, którzy w jednej z górskich dolin założyli Kronstadt, znany obecnie jako Braszów – największe miasto niemieckiej Transywlanii. Wschodu, przed Pieczyngami i Ordą, bronili madziarscy Szeklerzy, którzy posługiwali się swoim tajemniczym, runicznym alfabetem.
W 1438 roku, po serii powstań chłopskich i w stanie permanentnego zagrożenia ze strony Ottomańskiej Porty, Szeklerzy, węgierska szlachta i Sasi zawarli Unię Trzech Narodów, uzgadniając współpracę, wzajemną pomoc militarną i zwalniając się wzajemnie z większości świadczeń finansowych. Z unii wyłączeni byli Wołosi i wołosko – madziarskie chłopstwo. Ten stan rzeczy miał trwać długo – zwalachizowani chłopi – zwani później Rumunami - pozostali poza jakimikolwiek procesem decyzyjnym w kraju, którego byli współmieszkańcami.
Teraz węgierskiej szlachty już nie ma. Zmadziaryzowani Szeklerzy żyją w kilku miasteczkach u podnóża Karpat, a Sasi masowo wyemigrowali do Niemiec, gdzie borykają się z podobnymi problemami, jak repatrianci z Kazachstanu w Polsce. Zostali Rumuni, którzy w końcu mogą być tu o siebie. I teraz, razem z Cyganami, przejmują poniemieckie miasta i wsie.
- Kiedy byłem dzieckiem, nie było tu ani jednego Rumuna. Nikt tu nie mówił po rumuńsku, ani tutaj, ani w Schassburgu, który teraz nazywa się Sighisoara. - Mówi pan Back, popijając cujkę piwem. - Potem powoli zaczęli się tu osiedlać, w miarę, jak nasi wyjeżdżali.  
- Jak wyglądało życie we wsi? Były „Nachbarschaften". Sąsiedztwa. Sąsiedztwa organizowały życie we wsi, wszystko chodziło jak w zegarku, jak – palec pana Backa wskazuje wieżę – w moim kościelnym zegarze. Każdy miał swoje obowiązki na rzecz lokalnej społeczności: jedni sprzątali ulice, inni kościół. Jedni nadzorowali finanse, jeszcze inni organizowali festyny, koordynowali handel lokalnymi wyrobami. Nachbarnschaften organizowały pogrzeby i śluby, święta i chrzciny. Teraz, kiedy Sasów już nie ma – mówi – system przejęli Rumuni, ale – ścisza głos i zatacza ręką koło – niezbyt im to wychodzi.
- W dodatku – śmieje się – Rumuni zorganizowali się osobno, a Cyganie osobno. Tam – wskazuje – przy tej drodze, którą idzie się na cmentarz, jest osiedle cygańskie.
Osiedle cygańskie robi przedziwne wrażenie – niektóre z rachitycznych, lecz otynkowanych domków wyglądają, jak miniaturowa wersja saskich domów – wersja 1: 3. Wydają się być dość dramatycznym wezwaniem do akceptacji i integracji. Na trawiasto – klepiskowatych podwórzach bawią się dzieci i zwierzęta, mężczyźni siedzą przed domami, paląc papierosy, kobiety wieszają pranie. Wąska dróżka prowadzi do cmentarzy: cygańskiego, a dalej niemieckiego. Cygański otoczony jest drutem kolczastym. Z bujnej trawy wyrastają pordzewiałe krzyże. Nieco dalej jest cmentarz niemiecki. Panu Backowi nie starcza sił, żeby doprowadzić do jego odnowienia. Trawa i chwasty, które zarosły cmentarz są już wyższe od murszejących grobów. Waldhutten znika, i panu Backowi nie uda się tego powstrzymać. Nie tylko Waldhutten zresztą.
 Kościół w niedalekim Copsa Mare, dawniej Grosskopisch, położony jest na wzgórzu. Kruszeje i wygląda na to, że pewnego dnia zawali się z hukiem. Opiekują się nim dwie kobiety – prawdopodobnie matka i córka. Mieszkają w domu wkomponowanym w otaczający kościół mur warowny. W świątyni pozostało wiele z jej dawnego majestatu i niedźwiedziej, statecznej – wydawałoby się – siły. Kościół trwa jednak już tylko resztkami mocy, które z niej emanują: ściany są obdarte, portyk krzywy, dachówki opadają. Całość wygląda, jak na moment przed implozją.  
Matka z córką pokazują jednak z dumą, że robią, co mogą; że utrzymują go w porządku, myją podłogi i zbutwiałe ławki, a na wejściowych, pokruszonych schodach ustawiają kwiatki. Doniczki to po prostu plastykowe opakowania po maśle i margarynie.
- Kiedyś było tu, jak w Bawarii – przypomina sobie pan Back, który w Bawarii nigdy nie był, ale widział na zdjęciach. - Wszędzie – rozmarza się – gdzie byli Niemcy, był porządek i cywilizacja. Nie chcę przez to powiedzieć, że mam jakieś pretensje do rumuńskich sąsiadów – zastrzega. - Ale serce czasem boli, że nie ma do kogo się po niemiecku odezwać.
W twarzach wielu mieszkańców Valchid można jednak dostrzec niemieckie pochodzenie. Otyły blondyn o jasnej, wyparzonej bardziej, niż opalonej cerze, siedzi przed barem w obciętych gumofilcach i popija piwo. Blond dziewczynka, przypominająca serialową Heidi, bawi się dziecinnym wózkiem wraz z ciemnookimi i czarnowłosymi koleżankami.  
- Nie byłem nigdy w Niemczech. - Przyznaje pan Bock. - Nie wiem, jak tam jest. Podobno czysto, pięknie, białe domy, wszędzie asfalt. Dla mnie Niemcy zawsze były tutaj – stąd pochodził mój ojciec, dziadek, pradziadek, byliśmy tu kilka razy dłużej, niż istnieje Rumunia – śmieje się cicho i rozgląda niepewnie, czy przypadkiem jego niemieckich słów nie zrozumiał któryś z sąsiadów. Ale nie – wszyscy w Valchid lubią pana Backa – porządny sąsiad, żyje z nimi dobrze, zawsze pomoże.
W kościołach, na pokrytych płaskorzeźbami nagrobkach, można oglądać wizerunki transylwańskich Niemców. Dostojni, bogaci patrycjusze. Długie brody sięgające połowy piersi. Przybyli tutaj i przez osiemset lat kolonizowali ten zapomniany kraj, który stał się symbolem tajemniczości i niesamowitości, i który przez wielu uważany jest za zmyśloną krainę. Jak Mordor.

- Więc nie był pan nigdy w Niemczech? – Spytałem, zamyślony. Edi Back roześmiał się. – Nigdy z nich nie wyjeżdżałem – powiedział.
 
wstecz   dalej »